|
...ponieważ nikt mi nie wmówi, że białe jest białe, a czarne jest czarne.
środa, 30 listopada 2011
Równości ma się stać zadość.
Bardzo spodobało mi się to, co wyczytałem niedawno w jednym z artykułów. Kilka rodzin spotkała tragedia, gdyż ich członkowie, będący policjantami, pożegnali się z życiem na służbie. Sytuacja faktycznie nieciekawa, ale faktem jest, że każda z tych osób była funkcjonariuszem publicznym, i zginęła podczas wykonywania swoich obowiązków, w pracy. W moim odczuciu więc, i tak też jest, rodzinom tych ludzi należy się odszkodowanie. Brzmi to idiotycznie i nietaktownie, że spodobał mi się ten artykuł, więc tłumaczę szybko dlaczego: rodziny zażyczyły sobie kwot podobnych do tych, które otrzymały "rodziny smoleńskie". I to popieram w każdym procencie, i to jest to, co mi się tak spodobało. Bardzo często spotykałem się z sytuacjami, gdzie ten sam przypadek był inaczej rozpatrywany, gdy przytrafiał się komuś ważnemu, znanemu, z dobrą posadą, a gdy zwykłemu, szaremu człowiekowi. Wywoływało to we mnie sporą złość. Dlatego czytając ten artykuł cieszę się, że te rodziny mają takie żądania, bo mają do nich absolutne prawo. Ich bliscy stracili życie pełniąc swój obowiązek, nie mieli prawa zaprzestać pościgu za przestępcą. A nie wierzę, żeby ktoś pchał na siłę do Rosji wszystkich, którzy byli w tym felernym Tupolewie. Dlaczego więc rodziny tych drugich miałyby dostać więcej pieniędzy od tych pierwszych? Bo stanowisko było wyższe? Nie przemawia do mnie ten argument. Życie na minimalnym poziomie jest tak samo drogie dla wszystkich, a jak ktoś robi 8 dzieci, albo buduje własną chatę, to już musi brać odpowiedzialność za to, i liczyć się z ewentualnym nieszczęściem, niekoniecznie musi to być śmierć, ale jakaś ciężka choroba, czy coś w tym stylu, albo chociaż pomyśleć o ubezpieczeniu na życie. Dlatego też popieram rodziny tych policjantów w 100%, i ciekaw jestem, czy apelacja prawników coś da, bo MSWiA na razie próbuje się migać, jak to tylko jest możliwe.
środa, 31 sierpnia 2011
Aborcja powraca
Temat ten, w każdym miejscu zajmującym się publicystyką, wraca co jakiś czas. Ostatnio pojawił się ponownie przy okazji debaty w sejmie nad zmianą przepisów. Zmiany chce i lewica, i prawica. Na tym jednak podobieństwa się kończą. Obecne prawo zezwala na aborcję w trzech przypadkach: gdy ciąża zagraża życiu matki, gdy ciąża jest wynikiem gwałtu, i gdy są przesłanki, że płód będzie upośledzony. W pierwszym i trzecim przypadku granicą czasową jest moment, w którym płód osiąga zdolność do życia poza organizmem matki, w przypadku gwałtu jest to 12 tydzień ciąży. Lewica chce to prawo zliberalizować. Autorem projektu jest Marek Balicki, były minister zdrowia i poseł SLD. Jest on zdania, że do końca dwunastego tygodnia ciąży kobieta powinna mieć prawo do aborcji na życzenie. Po 12. tygodniu zasady byłyby takie same jak teraz plus można by było usunąć ciążę z gwałtu. Projekt reguluje też sprawy takie jak edukacja seksualna, refundację środków antykoncepcyjnych itp., ale to są te mniej kontrowersyjne sprawy. Drugi projekt jest "obywatelski", czyli zebrało się kilku konserwatywnych oszołomów, którzy postanowili działać. Wprowadza całkowity zakaz aborcji. Całkowity. Gotuję się na samą myśl o tym, tak samo jak do furii doprowadza mnie to bzdurne nazywanie tego "ochroną życia od poczęcia". Z resztą, moja opinia na ten temat jest wyrażona na obrazku powyżej. Dlaczego mnie to tak irytuje? Wolę projekt lewicy, ewentualnie obecne przepisy, bo one dają wybór. Nie nakazują przerywać każdej ciąży będącej efektem gwałtu, nie każą łyżeczkować każdego upośledzonego płodu. Jeśli zgwałcona katoliczka dowiaduje się, że to dziecko będzie niewidomym kadłubkiem, i chce je urodzić, prawo i teraz, i w wizji Balickiego, nie zabraniałoby jej tego. Miałaby wybór. Jak byłoby w przypadku wprowadzenia przepisów prawicowców? Mniej więcej tak, z tą różnicą, że nie byłoby dyskusji, tylko tragedia. Nie jestem w stanie zrozumieć motywów działania takich ludzi. Abstrahuję już od tego, że większość popierających to to osoby albo płci męskiej, albo kobiety które przechodziły menopauzę za głębokiej komuny. Z resztą, nawet jak tym drugim dać głos, i przeprowadzić sondaż wśród kobiet, to wyniki dla "obrońców życia poczętego" są druzgocące. Ale nie o tym, miało być o konserwatystach. No więc ludzie ci w większości wychodzą z założenia, że życie jest darem, że trzeba o nie dbać, i je chronić. Gdyby nie chodziło o ten temat, to można by spokojnie powiedzieć, że to piękne słowa. Ale widać, jak wiele zależy od punktu widzenia. Tylko że ci ludzie nie myślą perspektywicznie, i totalnie nie potrafią postawić się w skórze osoby chcącej przerwać ciążę, której tego zabroniono. Takie dziecko się urodzi, i w najlepszym przypadku ma zdekompletowaną rodzinę (gwałt lub śmierć matki przy porodzie), może też być upośledzone. Bywa i tak, że w matce uruchomi się jakiś instynkt macierzyński, tylko że prawicowcy mieli ponoć być politykami prorodzinnymi. Gdzie w takim przypadku mamy do czynienia z normalną rodziną? A przecież nie musi taka kobieta (o ile przeżyje) kochać tego dziecka. Co wtedy? Lepszy przypadek - dom dziecka. Gorszy - śmietnik. Jaka jest szansa na to, że dziecko urodzone z przymusu wobec jego matki będzie mieć normalne życie? Za dużo danych dla człowieka ale jak w Polsce się ponoć przeprowadza 100tys. aborcji rocznie to ja bym sporo postawił, że mniej niż 1%. Dlaczego liberalne przepisy aborcyjne, poza wspomnianym przeze mnie daniem wyboru, są lepsze? Dają szanse na naprawienie ewentualnego błędu niedoszłych rodziców. Gdy jest wpadka, gdy para popada w kłopoty finansowe, lub gdy mamy do czynienia z biednymi wielodzietnymi rodzinami, które stwierdzą, że nie są w stanie mieć kolejnego bobasa, ci wszyscy ludzie będą mieli jeszcze jedną szansę na to, by zadecydować o swoim życiu w tak ważnej sprawie. Odsetek niechcianych ciąż spadnie niemal do zera, a to musi wpłynąć na poprawę życia wielu młodych ludzi. Bądź co bądź, będą to dzieci chciane. Przeraża mnie to, że ten drugi projekt przepadł zaledwie sześcioma głosami. Do katastrofy zabrakło naprawdę niewiele, co mnie osobiście skrajnie przeraża. I w takich momentach cieszę się, że jestem chłopakiem/mężczyzną. Dreszcz mnie przechodzi na samą myśl, że grupa osób mających ze mną tyle wspólnego co Pudzianowski z baletem miałaby decydować o czymś, co może w skrajnych przypadkach decydować o moim zdrowiu i życiu. Tak samo cieszę się, że jako tako opanowałem język obcy. Jak tak dalej pójdzie, będę spieprzał stąd gdzie pieprz rośnie, bo chodź Polskę kocham, to niektórzy Polacy mnie na przemian przerażają i frustrują. Od razu przypominają się jedne z najsłynniejszych słów Marszałka Piłsudskiego:
środa, 27 lipca 2011
Sprawa Polańskiego
Dość niedawno kolejny piłkarz o polskich korzeniach zgłosił akces do naszej kadry narodowej. Żadna to nowość, bo mniej więcej od dwóch lat każdy średniej klasy zawodnik, który w swojej ojczyźnie nie ma szans na grę, a ma szanse na polski paszport, pcha się do nas, żeby wybić się nieco grą w kadrze, znaleźć lepszy klub. Nadchodzące EURO 2012 w Polsce i Ukrainie tylko wzmaga tę tendencję, bo przecież obserwatorów będzie tam co niemiara. Każdy przypadek drugiemu nierówny, temat jest to delikatny, i nie powinno się wrzucać wszystkich takich zawodników do jednego worka. Toteż zostawiam na boku kontrowersyjne wciąż sprawy Emmanuela Olisadebe, czy Rogera Guerreiro, skupić się chcę głównie na ostatnich naszych "nabytkach". Takie naturalizowanie zawodników nie podobało mi się nigdy. Kpiłem z niemieckiej reprezentacji narodowej w piłkę nożną, kpię dalej z reprezentacji siatkarskiej Włoch właśnie z tego powodu, że połowa, jeśli nie więcej, ich zawodników to ludzie, którzy nie urodzili się jako ich obywatele, tylko zostali "dostosowani" do potrzeb swojej nowej ojczyzny. Byłem więc sceptyczny slysząc, jak naszą kadrę zasila Ludovic Obraniak, a nieco później Sebastian Boenisch. Nie ma wątpliwości, że są oni lepsi niż jakikolwiek Polak na ich pozycji, ale faktem jest, że grali w reprezentacjach młodzieżowych Francji/Niemiec, później zobaczyli swoje szanse na grę w reprezentacjach seniorskich (gwoli ścisłości: mizerne), a dopiero później zdecydowali się grać na biało-czerwono. Obraniak zakończył karierę reprezentacyjną we francuskiej kadrze młodzieżowej po jednym występie w 2004 roku (czy dobrowolnie, szczerze wątpię), by zgłosić chęć grania u nas niemal pięć lat później (dwa i pół roku przed mistrzostwami Europy u nas), Boenisch zrobił to niecałe dwa lata przed Euro. Zadziwiające zbiegi okoliczności. Jednak o ile oni zachowują przyzwoite pozory, to kompletnym skandalem jest ostatnia sytuacja z Eugenem Polanskim. Facet, który ze spokojem mówił, że nie ma możliwości, by grał w kadrze Polski, nagle zmienił zdanie. Ciekawe dlaczego, prawda? Mówi Wam coś data 08.06.2012? Powołanie oczywiście dostał, bo Smuda ratuje się jak może, żeby mieć jakiekolwiek wyniki. Jednak prognoza jest nieubłagana, po wspominanym caly czas przeze mnie turnieju większość z tych przyszywanych Polaków, a ten ostatni w szczególności, wypnie się na tą kadrę, chyba że dalej będą szukać lepszego klubu, i będą potrzebowali tej reprezentacji, żeby się pokazać mediom. Był Olisadebe, który polskie obywatelstwo dostał praktycznie na normalnych zasadach, bo ma żonę Polkę, i mieszkał u nas bardzo długo. Roger wzbudza(ł) kontrowersje, ale przynajmniej się nie wypiął na kadrę po Euro, dalej chce grać, o ile dostanie powołanie. Jak będzie z Obraniakiem i Boenischem? Licho wie, ale nie byłbym optymistą. O Polanskim nawet nie wspominam, bo zachował się jak zwykła gnida, i tak też na pewno zrobi w przyszłości. Mamy więc do czynienia z tymczasowym wypadem, którego się wstydzę, bo ja na miejscu Smudy bo takich wypowiedziach, jakie serwował "Kickerowi" półtorej roku temu, zamknąłbym mu drzwi do kadry.
wtorek, 31 maja 2011
Zakazem, specustawą, krzesełkiem w kiboli.
Nie milkną echa po słynnej już zadymie na finale Pucharu Polski w Bydgoszczy. Rząd wówczas to stwierdził, że włączy się do całej sprawy. Jak zapowiedziano, tak zrobiono, a zdania są mocno podzielone. Jedno jest pewne, zainteresowanie władz tematem bandytyzmu na stadionach jest, gorrzej jednak z pomysłami na działanie. Wpierw postanowiono zamknąć stadiony, zabroniono kibicom jeździć ze swoimi drużynami na wyjzady, teraz przygotowano nowa ustawę o bezpieczeństwie imprez masowych. Wszystkie te poczynania, mimo zapewne dobrych chęci, są jednak w mojej opinii nietrafione. I nie chodzi mi tu o wysokość, ale raczej o rodzaj kary. Zamiast dawać kosmiczne kwoty mandatów, które i tak niewiele zdziałają (no bo co i po dwóch tysiącach kary za małe przewinienie, jak złapią jednego na stu, a wtedy to mogą zrobić zrzutkę po śmieszne dwadzieścia zlotych na łebka?), powinno się skupić na identyfikacji tych ludzi, i bez skrupułów dawać zakazy stadionowe. Lekkie przewinienie, krótsza kara. Poważne - dożywotni. Za tego typu pierdoły (w porównaniu do przestepstw cięższego kalibru, w tym kontekście) sąd daje wyroki w zawieszeniu, w najgorszym wypadu koleś dostanie dwa, trzy lata, wyjdzie po półtorej roku maks. Wyjdzie, i wróci siać chaos z powrotem na stadion. A jak dostanie dożywotni zakaz stadionowy? Tylko przypilnować, żeby to egzekwowano, jeden z głowy. Druga sprawa to oczywiście zamykanie stadionów. Teoretycznie jest jakaś logika w tym, bo zapewne chodzi między innymi o to, by choć spróbować w normalnych kibicach wzbudzić niechęć do pseudokibiców, bo to przez nich te zamknięcia. Niechęć prowadziłaby do braku tolerancji, a ta do względnie pokojowego (na pewno bardziej pokojowego, niż gdy robi to policja) wytępienia takich osobników. Wszystko fajnie, ale czy ktoś wyobraża sobie, by normalny człowiek miał odwagę przeciwstawić się takim osobnikom np. z warszawskiej żylety? Nie ma na to najmniejszych szans. A wówczas konkluzja jest taka, że zakaz odbija się na wszystkich, w tym także na niewinnych, i do niczego to nie prowadzi. Można to porównać do odebrania wszystkim prawa jazdy, bo jeden na dziesięciu kierowców prowadził po pijaku. Niemniej jednak nie uważam za coś złego pomysłu, by dać wojewodom łatwiejszą możliwość zamykania stadionów. Dlaczego? Nie oznacza to bowiem, że oni mają to robić częściej, czy przy mniejszych problemach. Po prostu, gdy faktycznie będzie potrzeba, nie będzie zamieszania, tylko jest jasno wskazane, kto ponosi odpowiedzialność, i do kogo należy decyzja. Trzecia rzecz, system identyfikacji kibiców przez monitoring. Brzmi super, ale sęk w tym, że u nas to różnie z tym wychodzi. Nawet jak widać takiego osobnika, to potem i tak jest sporo zachodu, bo jest problem, by go zidentyfikować. By to usprawnić, nie wystarczy po prostu wymusić na klubach montaż monitoringu, bo skończy się tylko na tym, że będziemy mieli powywieszane fotki kilkudziesięciu (pseudo)kibiców, i najlepiej dopisek "ej, weźcie nam powiedzcie kto to jest, bo za diabła ich znaleźć nie możemy". Tu by trzeba dopilnować tego, by zawsze bilety były imienne (a też jest z tym różnie), i dopilnować, by kibice zasiadali tam, gdzie mają to wskazane na bilecie. W przeciwnym razie nie przyniesie to zamierzonych efektów. Wracająca policja na stadiony, czyli de facto kontrola organizatora, czy potrafi zapanować na imprezą. Jak dla mnie stosunkowo neutralne, bo niewiele zmienia wobec stanu obecnego. Jak będzie spokojnie, będą na uboczu, a jak będzie zadyma, to w zasadzie i tak w większości przypadków ta policja była wzywana. Nie ma za wiele do skomentowania. Piwa na stadionach osobiście się obawiam. Głównie dlatego, że od razu wyobraziłem sobie jakiegoś palanta, który nie będąc wystarczająco zadowolony z emocji na meczu, będzie żłopał jednego browara za drugim, kończąc niemal na dwucyfrowej ich liczbie, a potem wyczyniał niestworzone reczy, zaczepiał ludzi, darł gębę (nie mylić z dopingiem, to zgoła odmienna sprawa, i nie o to mi chodzi), i ogólnie przeszkadzal wszystkim dookoła. Po prostu nie wierzę w swoich rodaków, że zachowają umiar, który w tym przypadku jest skrajnie wskazany. Obym przesadzał. Podsumowując: idea sama w sobie jest dobra, i powinna być kontynuowana, jednak z radykalną zmianą formy działania. Obecna nie dość, że będzie nieskuteczna, to jeszcze będzie często uderzać w niewinnych. A to się bardziej kwalifikuje do miana "bubla prawnego", aniżeli do normalnej ustawy.
sobota, 30 kwietnia 2011
Kiczotyfikacja
Jutro uroczystość, która dla wielu Polaków stała się wręcz świętem narodowym. Zapytawszy się kogokolwiek o jutrzejszy dzień, nie licz na odpowiedź "święto pracy", czy po prostu "pierwszy maja". Jutro jest "beatyfikacja papieża Polaka". I w porządku, dobry człowiek, który został doceniony przez stolicę apostolską. Abstrahując jednak od powodów, z jakich to się stało. Nie wystarczy być wzorem cnót, jeśli nie ma się na koncie cudu. I zamiast wyliczać zasługi Jana Pawła II (a trochę by ich było, bo i podtrzymywał ducha wśród opozycji w PRL, i dążył do jak najlepszych stosunków z wyznawcami innych religii, i jeszcze kilka pomniejszych), na siłę szukali czegoś niewytłumaczalnego. Zaiste dziwna to metoda, ale to już ich wewnętrzna sprawa, niech robią co chcą. Śmieszy mnie natomiast podejście niektórych do całego jutrzejszego procederu. Obkupowanie się w różne znaczki, broszki, koszulki czy inne różne świecidełka tylko po to, żeby móc się afiszować ze swoją wiarą i pokazać wszystkim, jaki to ja święty jestem jest dla mnie tak skrajnie pretensjonalne, że aż czasem skręca człowieka. Skręca dlatego, że próbując jak najmocniej pokazać, że jesteśmy tacy, a nie inni (w tym przypadku: wierzący i kochający papieża Polaka), jak najbardziej oddalamy się od postawy, jaką powinniśmy prezentować z tego co mówimy. I jest to sytuacja występująca na szeroką skalę, owa beatyfikacja jest jedynie przykładem. W skrócie można to nazwać po prostu życiem na pokaz. Jan Paweł II stał się modny, i przez to automatycznie skomercjalizowany. Jest produktem, tak jak Doda czy Cristiano Ronaldo, tylko trafiającym do innej grupy konsumenckiej. Te stragany z "pamiątkami" są tego dowodem. Ludzie masowo wykupujący produkty z tych sklepików niestety nie zawsze mają z tym człowiekiem więcej wspólnego niż narodowość. Ciała tych ludzi uginają się od liczby broszek czy innych przypinanych i zakładanych rzeczy, by pokazać swoje przywiązanie do papieża, ale umysł i czyny idzą kompletnie inną drogą niż ta, którą podążał ich obecny idol. A to rzuca negatywne światło na całą grupę ludzi będących na tej ceremonii, zarówno tych prawdziwie wierzących, jak i tych przebierańców. I szkoda mi właśnie tych pierwszych, dobrych ludzi, którzy jednak mogą być z tymi drugimi myleni. Poszczególnych pamiątek nie będę wymieniał ani oceniał, najlepiej wypunktowano je w tym artykule.
A tak na marginesie: trafiłem ostatnio na taki oto film reklamowy. Idea szczytna jak każda, która nawołuje do zwracania uwagi i tępienia takich patologii jak między innymi ta wymieniona w tej reklamie. Niektórzy jednak zwrócą uwagę na to, że balansuje się tam na krawędzi obrazy uczuć narodowościowych, umieszczając w godle narodowym kurę "po przejściach" zamiast orła, i nieco ironicznym wstępem Piróga o przedstawicielach naszego narodu. Jednak prócz niepochlebnych komentarzy pod filmem głosu w tej sprawie nie podniesiono. A czy wyobrażacie sobie krzyż zamiast godła, i zamiast słow: "Polak", "Polacy", takie jak: "katolik", "katolicy", oraz reakcję? Krzyżafera 2 - decydujące starcie. Dlaczego tak się dzieje? Czujemy się bardziej katolikami niż Polakami? A może to jest po prostu bardziej modne w dzisiejszych czasach? Wszak nie od dziś próbujemy być świętsi od Watykanu.
czwartek, 31 marca 2011
(Bez)płatne Studia
Pewien artykuł skłonił mnie do przemyśleń na ten temat. Jak powinno wyglądać studiowanie? Jak dużo kosztów powinna brać na siebie uczelnia, a ile student? W którym momencie uczący się powinien zacząć płacić, i jak dużo? Jak zrobić, by było możliwie najsprawiedliwiej? Niby w większości cywilizowanych krajów czesne to norma. Płacisz za studia, w zamian mogąc korzystać z wiedzy najmądrzejszych w kraju, i zasobów uczelni, co da Ci świetlaną przyszłość. W zasadzie nie ma się do czego przyczepić, bo następuje swego rodzaju wymiana: dostęp do wiedzy i zajmowanie czasu mądrych ludzi w zamian za mamonę. Pytanie tylko, czy to wypaliłoby u nas? Otóż moim zdaniem niespecjalnie. Gdy nie ma się tego komfortu, i nie żyje się na codzień w mieście, gdzie jest uczelnia wyższa, pojawiają się problemy, z którymi nie wszyscy radzą sobie tak swobodnie, jak Amerykanie, Francuzi, czy Brytyjczycy. Wynajęcie pokoju bądź mieszkania to koszt kilkuset złotych na osobę, a jest to koszt dodatkowy, porównując finanse rodziny z dzieckiem przed studiami, i rodziny z dzieckiem studiującym. Dodatkowo młodzy człowiek nie ma takiego doświadczenia w dysponowaniu pieniędzmi co jego rodzice, więc spokojnie ze stówkę można doliczyć do tej różnicy. Zakładam, że i tu i tu taki młodzieniec musiał kupować bilety na komunikację miejską (choć ja w swojej rodzinnej miejscowości nie miałem takiej potrzeby), a jest to koszt ok. 50 złotych każdego miesiąca. Niby niewiele znaczące dyrdymały, ale ziarnko do ziarnka, i zbierzemy spokojnie z 600złotych (i tak stosunkowo niewiele). Czesne, z tego co się orientuję (a co nieco pogrzebałem, w losowych, niezbyt popularnych uczelniach), zaczynają się od kwot 1800zł za semestr, co daje 360 złotych miesięcznie. Zwiększa nam to te dodatkowe studenckie wydatki o ponad połowę. Dochodzimy do kwoty prawie, lub często ponad, tysiąca złotych. Tysiąc złotych plus standardowy wydatek, jaki był przeznaczany na dziecko, czyli jedzenie, środki higieniczne, proszki do prania, etc. Wbrew pozorom, to bardzo dużo, bo większośc z osób, z którymi rozmawiałem, posiada łączny budżet miesięczny na poziomie 1100-1200 złotych. Z czesnym musiałoby to wzrosnąć co najmniej do 1600, co w wielu przypadkach nie wchodzi w grę. Mój wniosek jest taki, że sam system może mieć sens, i skoro się sprawdza, to jest to najlepszy na to dowód, ale nie u nas. I głównym powodem są właśnie finanse, bo to nie jest tak, że osoby dostające nieco ponad 1000 złotych są małym odsetkiem, i że reszta ma więcej. Ja nie spotkałem jeszcze osoby dostającej więcej, niż półtorej tysiąca. Wiadomo, nie rozmawiam z każdym napotkanym studentem, ale jakby zebrać wszystkich, z którymi rozmawiałem, to jednak jakąś tam wypadkową z kilkudziesięciu przypadków mam. Przeciętną rodzinę nie będzie stać na wykształcenie dziecka, a to jest moim zdaniem najkrótsza droga do upadku: selekcja nie przez rozum, a przez walutę. W artykule napisano, że na razie nie będziemy rzuceni na głęboką wodę, tylko płatne będą dodatkowe zajęcia. Szkoda tylko, że nie doprecyzowano tego. Jedyne dodatkowe zajęcia, z którymi ja się dotąd na studiach spotkałem, były przeznaczone raczej dla tych lepszych bądź ambitniejszych, chcących dalej rozwijać się w obranym przez siebie kierunku. Jeśli za to właśnie mieliby płacić, to byłaby to głupota, bo jest to hamowanie ambicji studentów, która nie jest szalenie rozpowszechniona. Co jest powodem tego, że uczelnie dążą do wprowadzenia czesnego? Brak kasy, a jakże. Zdecydowanie uważam, że resort ten nie powinien być zaniedbywany, a mam czasem wrażenie, że każdy rząd traktuje Ministerstwo Szkolnictwa Wyższego nieco po macoszemu. I jakby nie patrzeć, olewając to państwo samo tnie gałąź, na której siedzi. No bo skąd brać ludzi będących gotowymi do podjęcia najważniejszych działań? Inne źródło dochodu niż państwo, to wyłącznie studenci, i to jest ten problem, bo państwo dać nie chce (znaczy: nie chciało, bo teraz to w ogóle nie wchodzi to w grę, pozdrawiamy Vincenta "ależ Jacku" Rostowskiego), a przeciętny student nie ma skąd. Impas. Czysto teoretycznie, bez zagłębiania się w to: "jak?", idealna sytuacja powinna wyglądać tak, że jeśli we wsi Cieciorka, albo Kostomłoty znajdzie się nagle osoba z największym talentem do Chemii od czasów Skłodowskiej, to człowiek ten bez problemów powinien mieć możliwość skończyć studia. Zakładam, że sytuacja finansowa w rodzinie jest taka, że rodzina takiego geniusza jest w stanie wyżywić, ale nic poza tym. Tak nie jest, bo wprawdzie stypendia socjalne są, ale żeby dostać solidną kwotę, to dochód trzeba mieć tak śmiesznie mały, że trzeba mieszkać w szałasie albo jaskini. Co jeszcze zauważyłem, przyglądając się między innymi wysokościami stypendiów: ci mający zdecydowanie najgorzej, cośtam dostają (aczkolwiek moim zdaniem i tak powinni otrzymywać więcej, bo z tego co wyczytałem zapomoga powyżej 500złotych nie wchodzi w grę), ale ci, co jakoś wiążą koniec z końcem, ale po prostu nie mają możliwości wysłać dziecka na studia, nie mogą liczyć praktycznie na nic. I co wtedy? Dzieciak idzie do pracy, druga Skłodowska, a robi na kasie w Netto. Jak podnieść stawki, ruszyć to z miejsca, dać szansę większej ilości zdolnych ludzi? Potrzeba funduszy? Skąd, jak nie z czesnego? Państwo, czyli cofamy się do poprzedniego akapitu. Impas. Na chwilę obecną zarówno uczelni jak i studentom jest, powiedziałbym, umiarkowanie. Gdyby wprowadzić czesne, szkole wyższej byloby dużo lżej (w przypadku takiego Uniwersytetu Adama Mickiewicz to by spokojnie było kilkanaście, albo nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie), ale gorzej studentom. Z większymi stypedniami (i nieco bardziej liberalnymi kryterami na nie) byłoby dużo trudniej uczelni, ale łatwiej żakom. A żeby było lżej wszystkim zainteresowanym? Musiałoby pomóc państwo? A jakie możliwości finansowe ma teraz państwo? Impas.
poniedziałek, 28 lutego 2011
Nie jesteśmy normalnym krajem?
Nie wiem, czy to w internecie informacje podawane są w mniej przejrzystej i przyjemnej formie, czy też faktycznie ciężko tutaj znaleźć cokolwiek ciekawego, ale odkąd straciłem możliwość oglądania telewizji, i nie mam akurat prasy pod ręką, strasznie ciężko znaleźć mi jakiekolwiek informacje, nad którymi warto dłużej się zatrzymać, przeczytać całkowicie "od deski do deski", i jeszcze wyciągnąć wnioski na przyszłość. No, ale jak zobaczyłem kolejny wywiad z moim ulubieńcem, wiedziałem, że to chociaż przeczytam. W zasadzie ciężko mi określić po co to robię, wszak ten człowiek na przemian bawi mnie i dobija swymi wypowiedziami i zachowaniem, ale najwyraźniej jest we mnie ta nutka masochisty, która pchnęła rękę z myszką tak, że kursor powędrował na link. Oczywiście, Jarosław mnie nie zawiódł. Po raz kolejny zaserwował nam poważne oskarżenia bez podania żadnego dowodu lub chociaż przekonującego argumentu (o tym za chwilę), po raz kolejny zmieszał człowieka z błotem za same poglądy, i pokazał, że jeśli on ma inne zdanie niż duża grupa ludzi, to oni wszyscy są...jakby to fajnie ująć...niedoinformowani bądź niespełna umysłu, a on kroczy właściwą ścieżką. No w sumie jak to on, ale do rzeczy. Owym poważnym zarzutem jest fałszowanie (lub próba) wyborów, tych ostatnich - samorządowych. Dla Jerry'ego argumentem, który ma przekonać rozmówców do jego racji (a jest to wg niego informacja na sto procent pewna) jest odsetek nieważnych głosów. Fakt faktem, nie było ich mało, bo ich liczba przekroczyła 10% wszystkich oddanych w owych dwóch miejscowościach. Kaczyński nie wziął jednego pod uwagę. Mlodzi ludzie (a przynajmniej wszyscy ci, w towarzystwie których się poruszam) są dosyć solidni jeśli chodzi o obowiązki obywatelskie (a przynajmniej same wybory), i mają raczej dobrą frekwencję w swojej grupie wiekowej. Jako, że jednak niektórym nie podoba im się żadna frakcja, to wytworzył się taki ruch, który nakłaniał niezdecydowanych do oddania nieważnego głosu. Miał to być taki prztyczek pokazujący rządowi, że nie ma poparcia, ale nie ma też konkurencji. Co więcej, Kaczyński wspomina, jakoby PiS prześcignął w grupie 18-24 lata PO w poparciu. Być może, bo większość tych nieważnych kart była poprzednio wypełniona jako głos na PO/Komorowskiego. Układa to się w całość bardziej logiczną niż hipoteza Jerry'ego. O drugiej kwestii krótko, bo nie ma za bardzo o czym pisać. O ile jestem jakoś w stanie jakoś zrozumieć niepochlebne słowa tego człowieka o Leszku Millerze (był u władzy, z mizernym raczej skutkiem), o tyle nie wiem, na jakiej podstawie Napieralski ma mieć ograniczone możliwości intelektualne, co wg źródła wyżej przeze mnie umieszczonego ponoć było sugerowane. Tak naprawdę obecny lider SLD ma czystą kartę jeśli chodzi o karierę polityczną, bo po prostu nic nie zdążył zrobić/zepsuć (jak kto woli). Najwyraźniej więc dostało mu się dlatego, że jest z lewej, a nie prawej strony. Kaczyński przyzwyczaił do takiego zachowania, nie ma co się dłużej rozwodzić. Chciałem tylko zaznaczyć, że nie popieram czegoś takiego. No i moje "ulubione": Widać coraz wyraźniej, że nie jesteśmy normalnym krajem. Że pewne rzeczy, załatwione gdzie indziej dawno temu, u nas są jakby nie do zrobienia - tak Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla "Uważam Rze" komentuje uwagę Michała i Jacka Karnowskich, że PiS-owi nie udaje się przekonać ludzi do siebie i że jego partia nie wygra wyborów. Cytat z ww. źródła. Do tego człowieka nie dociera, i chyba nigdy już nie dotrze, że po każdym takim tekście, na 40 milionów Polaków znajdzie się kilkaset, które stracą szacunek do niego, a on przez to ich poparcie, właśnie za takie słowa. Każda taka wypowiedź aż krzyczy do nas: "jesteście pacanami, to ja mam rację". I jak ma niezdecydowany centro-prawicowiec (skrajni już dawno pouciekali od partii typu UPR czy LPR) po czymś takim nie spróbować zagłosować nawet na PJN czy PO? Tamte partie przynajmniej oficjalnie ludźmi nie gardzą udzielając wszelakich wywiadów i wypowiadając się. Tym zawsze irytował mnie Jerry najbardziej, ale od jakiegoś czasu tylko śmieszy, bo na szczęście do władzy wciąż mu daleko. Z resztą wywiadu nie ma co polemizować, bo wprawdzie forma dalej jest, ujmijmy to obiektywnie, kontrowersyjna, ale to już są poglądy tego człowieka. Są nawet pojedyncze zdania, z którymi się zgadzam. Sam jestem na etapie poszukiwania partii, która mogłaby "zgarnąć" mój głos, bo PO go od dłuższego czasu konsekwentnie odpycha. Będę musiał po letniej sesji w jakąś prenumeratę gazety zainwestować. Tylko jaką, skoro i tam ciężko o obiektywne opinie czy felietony?
poniedziałek, 17 stycznia 2011
O tym, jak mnie Polsat w jajo zrobił...
A zrobił mnie w balona z transmisjami telewizyjnymi Polskiej Ligi Siatkówki. Jak to zapowiadał jeszcze w maju Marian Kmita (to ten jegomość, którego zdjęcie widnieje u góry), meczów z każdej kolejki miało być cztery (kobiety+mężczyźni, w stosunku 1:3 lub 2:2, czyli cztery na dziesięć, a nie na pięć). Co więcej, żeby nam wszystkim żyło się lepiej, mecze nie znajdujące się w ramówce telewizyjnej, miały być transmitowane za pośrednictwem internetu i platformy Ipla. No po prostu nie sposób narzekać, bo inaczej byłbym malkontentem (i pewnie prowadził niecodziennik jeszcze). Ja, naiwnie sądząc, że skoro człowiek poważny wypowiadajać się na wizji, nie kłamie, ani nie rzuca słów na wiatr, zakupiłem sobie pakiet pozwalający mi przez wspomnianą wyżej platformę Ipla sledzić rozgrywki siatkarzy, albowiem piłkę siatkową ponad wszystkie inne sporty wolę. Niby kwota nie powalająca, bo miesięcznie koszta te wynoszą ok. 14 złotych, ale za niewiele więcej mam normalną telewizję kablową, a tu płacę tylko za sport emitowany przez Polsat i poboczne jego stacje. Co otrzymałem w zamian? Na owe transmisje internetowe meczów nie transmitowanych nie liczyłem ani przez sekundę. Nie wiem, czy szef sportu w Polsacie specjalnie wodził widzów, czy też po prostu poniosła tego człowieka fantazja z radości po udanych negocjacjach, ale byłoby to zbyt komfortowe i piękne dla fanów tego sportu, by było prawdziwe. Jednak w trakcie trwania sezonu Polsat zaczął kombinować także z transmisjami telewizyjnymi. Pozostawiając taką samą ilość pokazywanych meczów u kobiet, regularnie zmniejszał transmisje meczów panów. Aż doszedł do dnia dzisiejszego, 17. i 18. stycznia 2011 roku, 17. kolejka Plus Ligi - zero meczów transmitowanych. Zero! Ani w telewizji, ani w internecie, ot takie ferie zimowe sobie zrobili. Szkoda tylko, że ja za te zero płacę! Pakiet jest terminowy, a nie dotyczy ilości pokazywanych spotkań. Polsat więc łyka kasę ludzi, którzy naiwnie uwierzyli w ich uczciwość, i dobitnie pokazuje fanom, gdzie ich ma, a jest to niezbyt szlachetnie miejsce. Czuję się najzwyczajniej w świecie oszukany, i jestem z tego powodu wściekły. A złość jest wzmagana przez bezsilność, bo nie da się z tym nic zrobić. Polsat przynajmniej do 2015 roku będzie trząsł całą polską siatkowką, wodził za nos kibiców, i robił co chciał. No bo kto ma im tego zabronić? Chyba nie związek, który tak czy siak na tym zarabia....
wtorek, 11 stycznia 2011
I jak tu nie kląć?
Wiele już widziałem, naprawdę. Widziałem, słyszałem, czytałem o przeróżnych sposobach kradzieży czy oszustwa, ale to, co dziś wyczytałem, zdumiało mnie do reszty. Przedwczoraj, podczas WOŚP'owej niedzieli można było ofiarować datki na różne sposoby, także za pomocą internetu. Strona internetowa organizacji Owsiaka pękała w szwach. Ale jak się okazało, nie tylko ona. Jakieś bydlaki skopiowały w zupełności wygląd witryny, zamieniając numer konta na własny, i trzepiąc forsę na tych, co się pomylili, a chcieli pomóc. Doczytawszy do oznajmiającego owe zdarzenie momentu zamarłem, zastanawiając się, ile forsy poszło w piach, a mogło trafić we właściwe ręce i być przeznaczone na szczytny cel. Jakaż była moja ulga jak przeczytałem cały artykuł wyjaśniając swoje wątpliwości - owy perfidny oszust (lub oszustka) będzie mieć spore problemy, bo cały szwindel został na szczęście szybko wykryty. Mimo tego pozostaje jednak ogromny niesmak. Czy istnieją jeszcze granice ludzkiej podłości? Do niedawna WOŚP wydawała się jedną z nielicznych organizacji, której udawało sie wyzwolić w ludziach jedynie pozytywne emocje, i chęć niesienia pomocy. Jak widać, znalazł się ktoś, kto i to sprowadził na dno. Co będzie następne? Napad na dom dziecka? Mierzi mnie na myśl o takich osobach. A tak na marginesie: kiedyś, pamiętam, tradycją orkiestry było to, ze gwiazdy grają za darmo. To, jak widać, też się niestety zmieniło. Jak dla mnie coś takiego jest głupotą. Jeśli uważa, że za wykonaną pracę należy mu się zapłata (w zasadzie jest to racja, bo nie ma pracy za darmo, bo to niewolnictwo), to jednak może to robić gdzie indziej. Jakby nie zagrał w ogóle, to w moim odczucie nie byłoby sprawy. Ale jak już gra, to niech nie robi szopki, bo psuje cały projekt. Zasady orkiestry są znane i jawne, nikt go nie próbował wykiwać. Co do tego pseudo-charytatywnej działalności: pocieszam się tym, że nie jest to tendencja wzrostowa. Takie przypadki, pojedynczo, ale pojawiają się praktycznie co rok, i póki co nie jest to zjawisko masowe. I oby nie było, bo już zupełnie stracę wiarę w ludzi.
środa, 08 grudnia 2010
Nakarm psa z Szerlokiem
Rzuciło mi się to w oczy, gdy przeglądałem listę znajomych na gadó-gadó. Nie będzie rozważań, nie będzie refleksji, ani kontrowersyjnych tez. Jest tylko prośba: wspomóżcie tę akcję. Schemat praktycznie identyczny jak np. na pajacyku, klikamy w odpowiednie miejsce, i po określonej liczbie kliknięć psiak dostaje karmę. Osobiście wybrałem psiaka, który wg listy dostaje tych głosów najmniej, co by każdy mógł co nieco otrzymać. Uważam, że to dobry system, ale najważniejsze to to, żeby w ogóle wziąć udział. Także do dzieła! |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Tagi
|